Pytacie skąd się wziąłem?

     Zainteresowanie elektroniką, a nawet zamiłowanie do niej odziedziczyłem. Jest w moim życiu od zawsze, ale na całe szczęście, nie wypełnia go w stu procentach. Było to w czasach dość odległych, gdy wszystko było deficytowe. I dlatego miało wielki sens zrobienie czegoś samemu. Pojęcie DIY jeszcze nie istniało, ale zbudowanie wzmacniacza audio czy zasilacza warsztatowego tak jak dziś było pierwszym większym wyzwaniem. Większym niż obecnie, bo komponenty były dużo mniej zintegrowane, a i wykonanie stosownego "opakowania na elektronikę" przedstawiało niemały problem. Postanowiłem, że jeśli tylko będzie to możliwe, swoje konstrukcje będę umieszczał w "profesjonalnych" obudowach z przemysłowo produkowanych wyrobów. Można je było prawie gotowe zdobywać na giełdach elektronicznych czy w sklepach BOMISu. Także w oparciu o tych dostawców złożyłem kilka zestawów wieżowych na "licencji" dzierżoniowskiej DIORY. Przyznam jednak, że dużo większą frajdę sprawiło mi przeprowadzenie upgrade'u popularnego kaseciaka B-113 KAPRAL do przenośnego decka stereo. Był to zapewne najmniejszy i jedyny taki odtwarzacz w krajach RWPG. I nikt nie pytał po co? Zrobiłem to ku radości kolegi. W domu wyprodukowałem kompletną elektronikę, która zastąpiła tę fabryczną. Dało mi to ogromną satysfakcję. Potem przyszedł czas na elektryfikację gitar, przeróżne przystawki, efekty, przestery, czy "automaty perkusyjne". Jedynie brak znajomego stolarza powstrzymał mnie przed budową poważniejszego syntezatora (według dostępnych w czasopismach przepisów). Długo nie mogłem zdobyć dostatecznie profesjonalnej klawiatury. Projekt upadł, a ja do dziś znajduję to tu to tam zestawy kontaktronowych łączników. Był to także okres, w którym wszelkie "imprezy okolicznościowe" nie mogły się obejść bez oprawy wizualnej. Duże wzięcie miały więc iluminofonie, stroboskopy czy sterowniki węży.

     Wkrótce potem nadszedł czas pierwszej komercji. Nic wielkiego. Po prostu, moje elektroniczne gadżety spodobały się też innym. Używali ich amatorzy rozrywki, używali ich zawodowcy. Najczęściej znajomi znajomych. Już wtedy poznałem siłę "reklamy szeptanej". Działa dla mnie do dziś. Jeden z takich znajomych zaproponował mi udział w pracach nad uruchomieniem dyfraktrometru rentgenowskiego, budowanego z wielkim wysiłkiem i poświeceniem we wrocławskim oddziale Polskiej Akademii Nauk. Zapewne z powodów finansowych prace nad nim były wielokrotnie zawieszane. Po kolejnej reaktywacji projektu stwierdzono "zanik" dokumentacji m.in. sterowników silników krokowych napędzających to precyzyjne ustrojstwo. I tak poznałem blaski i cienie inżynierii wstecznej. Interesujące doświadczenie w czasach obowiązywania embarga COCOMu. Pomimo to nasz zespół odtworzył potrzebną dokumentację. Niestety nie wiem, czy ostatecznie prace zakończyły się pełnym sukcesem i czy projekt doprowadzono do końca.

     Przyszedł czas, kiedy na dłużej poświęciłem się naprawianiu urządzeń elektronicznych. Na początku był to sprzęt powszechnego użytku i RTV. Ale przez lata zmieniały się obszary mojej aktywności. Trafiał do mnie sprzęt medyczny, telekomunikacyjny, komputerowy, systemy alarmowe, dozoru i monitoringu. W każdej z tych dziedzin oprócz działalności wiodącej istniały tzw. tematy poboczne, zaspakajające dodatkowe potrzeby moich klientów. Od drobnych projektów ułatwiających życie, po rozwiązania niezbędne do właściwej eksploatacji urządzeń (np. sprzętu medycznego pochodzącego z zagranicznych darów). Ich nieodzowność przeminęła z czasem, bo na szczęście świat się zmienił. Zmieniły się też potrzeby rynku. Od przeszło 10 lat naprawiam laptopy. Przy tej okazji również dokonałem paru "odkryć" i popełniłem kilka projektów. O tych, które mogą być jeszcze interesujące napiszę wkrótce. Będzie wśród nich projekt szczególny. Projekt, który aktualnie realizuję. Łączący bardzo silny obecnie trend pod nazwą Internet of Things (IoT) z moim młodzieńczym wciąż zamiłowaniem do światełek.